puff

KRUCHOŚĆ STALI. COCO CHANEL

Cze, 09, 2016
By
Category

 

 

Kruchość stali. Coco Chanel o sobie

Marta Kowalewska, 07.06.2016

Mó­wi­ła, że życie dyk­ta­tor­ki to suk­ces i sa­mot­ność, że trze­ba mieć „kru­chość stali”, by prze­trwać. 2 czerw­ca do księ­garń trafi pol­ski prze­kład au­to­bio­gra­fii Coco Cha­nel. Pięk­ne wy­da­nie zi­lu­stro­wa­ne przez Karla La­ger­fel­da.

Foto: Getty Images

Evening Standard/Stringer

share-v2-pintrest-gray-icoshare-v2-facebook-gray-ico

Był rok 1946. Zima. Cha­nel prze­by­wa­ła w Sa­int-Mo­ritz, szwaj­car­skim ku­ror­cie, do któ­re­go ścią­ga­ły rze­sze mi­ło­śni­ków śnież­ne­go sza­leń­stwa. Ona, „wul­kan z Ower­nii”, którą po­wo­jen­ny Paryż uznał przed­wcze­śnie za wy­ga­sły, zna­la­zła się po­śród śnie­gu, mrozu i bieli, która za­wsze była jed­nym z jej ulu­bio­nych ko­lo­rów. Bez pracy, bez za­ję­cia, sie­dzia­ła jak na szpil­kach.

„Do­bro­wol­nie udała się na wy­gna­nie do En­ga­di­ne, wa­ha­jąc się przed po­wro­tem na rue Cam­bon, cze­ka­jąc na zmia­nę losu. Czuła, że do­go­ni­ła ją prze­szłość, po­chwy­cił od­na­le­zio­ny czas, panią de Gu­er­man­tes kra­wiec­twa, panią Ver­du­rin epoki nagle jej nie­zna­nej — Fran­cji cza­sów de Gaul­le’a…”. Tam zna­lazł ją Paul Mo­rand, fran­cu­ski pi­sarz, ary­sto­kra­ta, przy­ja­ciel Mar­ce­la Pro­usta. Jego rów­nież ści­ga­ła prze­szłość… I wtedy wła­śnie Coco Cha­nel za­czę­ła opo­wia­dać mu o sobie.

Coco Chanel, Londyn 1932

Foto: Getty Images Coco Chanel, Londyn 1932
share-v2-pintrest-gray-icoshare-v2-facebook-gray-ico

„Coco zaprasza was wszystkich”

Znali się od dawna. Jesz­cze z cza­sów, gdy wiel­ka pro­jek­tant­ka sta­wia­ła do­pie­ro pierw­sze kroki w świe­cie haute co­utu­re. Była dość sa­mot­na, ale nie­licz­nych pa­ry­skich zna­jo­mo­ści już można było jej po­zaz­dro­ścić. Dzię­ki Misi Sert, córce rzeź­bia­rza Cy­pria­na Go­deb­skie­go, muzie i opie­kun­ce wielu ar­ty­stów, w sa­lo­nie przy rue Cam­bon prze­wi­ja­li się dy­plo­ma­ci po­kro­ju Phi­lip­pe’a Ber­tho­le­ta, mu­zy­cy, tan­ce­rze, rzeź­bia­rze, ma­la­rze, pi­sa­rze. Same wiel­kie na­zwi­ska: Erik Satie, Serge Lifar, Geo­r­ges Bra­que, Ja­cqu­es Lip­schitz, Pi­cas­so, Coc­te­au, Cen­drars.

Z bie­giem czasu grono za­czę­ło się po­więk­szać. Do­łą­czy­li mię­dzy in­ny­mi Dali, Stra­wiń­ski, Dia­gi­lew. Z Dalim się za­przy­jaź­ni­ła, Stra­wiń­ski, „wtedy młody i nie­śmia­ły”, za­le­cał się do niej. „Igo­rze, je­steś żo­na­ty — mó­wi­ła mu — kiedy twoja żona Ca­the­ri­ne się dowie…”, na co Stra­wiń­ski z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią od­parł: „Ona wie, że cię ko­cham. Niby komu, je­że­li nie jej, mógł­bym się zwie­rzyć z cze­goś tak wiel­kie­go?”.

Dia­gi­lew za­cho­dził na rue Cam­bon „po ba­le­cie, na szyb­ką, późną ko­la­cję, po­zo­sta­jąc w spię­tej klam­rą bran­den­bur­skiej pe­li­sie z futer zwie­rząt sy­be­ryj­skich, w któ­rej tak czę­sto ka­ry­ka­tu­ro­wał go Coc­te­au. Nie zdej­mu­jąc bia­łych rę­ka­wi­czek, brał jedną cze­ko­lad­kę. Potem ule­gał, opróż­niał pu­deł­ko; je­dząc, uno­sił swoje ma­syw­ne po­licz­ki, cięż­ki pod­bró­dek, jadł aż do mdło­ści i po­tra­fił prze­ga­dać całą noc”. Drzwi miesz­ka­nia Coco były sze­ro­ko otwar­te i czę­sto można było usły­szeć Misię mó­wią­cą: „Coco za­pra­sza was wszyst­kich”.

„Przyjaźń we Francji jest jak loteria”

Wła­śnie, Misia. To ona jako jedna z pierw­szych po­zna­ła się na ge­niu­szu Ga­briel­le Bon­heur Cha­nel, po­mo­gła jej za­ist­nieć w kręgu pa­ry­skiej bo­he­my i za­bra­ła w po­dróż do Włoch. Ją jedną Coco uwa­ża­ła za przy­ja­ciół­kę. Ko­cha­ła „swoją Polkę” za jej wady. Za ży­wioł sa­mo­znisz­cze­nia, za brak wy­czu­cia pro­por­cji, wiecz­ne, a nie­sa­mo­wi­cie za­baw­ne in­try­gi, nie­przy­zwo­itość przy jed­no­cze­snym za­cho­wa­niu nie­win­no­ści… Tak bli­skiej re­la­cji nie na­wią­za­ła nawet z Co­let­te, z którą dzie­li­ła imię oraz po­dob­nie smut­ne i bied­ne dzie­ciń­stwo na pro­win­cji. Wiele czasu spę­dza­ła w jej to­wa­rzy­stwie i lu­bi­ła ją… „z jej sto­pa­mi apo­sto­ła i jej ak­cen­tem”. Do­da­wa­ła przy tym ką­śli­wie: „nie­po­trzeb­nie po­zwo­li­ła sobie na roz­ty­cie”. Nie da­rzy­ła ko­biet przy­jaź­nią. Może to wpływ dzie­ciń­stwa, wcze­snej utra­ty matki, czasu spę­dzo­ne­go u znie­na­wi­dzo­nych cio­tek, może kwe­stia ry­wa­li­za­cji z in­ny­mi ko­bie­ta­mi. Uni­ka­ła nawet tych, które ku­po­wa­ły jej kre­acje. „Kiedy jakaś klient­ka upie­ra­ła się, żeby mnie zo­ba­czyć, cho­wa­łam się w sza­fie.” Przez całe życie uwa­ża­ła, że „każda zo­ba­czo­na klient­ka, to stra­co­na klient­ka”.

Coco Chanel, Nowy Jork 1932

Foto: Getty Images Coco Chanel, Nowy Jork 1932
share-v2-pintrest-gray-icoshare-v2-facebook-gray-ico

„Marzyłam o podpaleniu stodoły”

A ko­bie­ty z jej dzie­ciń­stwa? Naj­pierw matka. Krót­ko. Za krót­ko. Cha­nel traci ją, gdy ma za­le­d­wie sześć lat. Zo­sta­je kilka wspo­mnień. Mię­dzy in­ny­mi takie ba­nal­ne, ale jed­nak doj­mu­ją­ce: od­wie­dzi­ny u wuja z Is­so­ire. Pię­cio­let­nia Ga­briel­le wraz z sio­stra­mi, za­mknię­te w po­ko­ju, świet­nie bawią się od­kle­ja­niem odła­żą­cej od ścian ta­pe­ty. I tak aż do su­fi­tu! Szczyt przy­jem­no­ści! Matka, wi­dząc tę ka­ta­stro­fę, pła­cze, nie mó­wiąc ani słowa. „Żadna re­pry­men­da nie zro­bi­ła­by na mnie ta­kie­go wra­że­nia. Ucie­kłam, wyjąc z bólu”, wspo­mi­na po la­tach wi­no­waj­czy­ni.

Nie­dłu­go potem matka umie­ra, oj­ciec wy­jeż­dża, by nigdy już nie wró­cić, a Ga­briel­le tra­fia do cio­tek w Ower­nii. W domu jest brud­no, bo oszczę­dza się na pra­niu. Oszczę­dza się także na je­dze­niu, mimo za­sob­nej spi­żar­ni. Głód. To wryje się w pa­mięć na za­wsze. Za­miast ob­ja­dać się wi­szą­cy­mi nad ko­min­kiem sal­ce­so­na­mi, Cha­nel karmi się czy­ta­niem. Na stry­chu ma swoją bi­blio­te­kę. Na­mięt­nie czyta po­wie­ści w od­cin­kach i uczy się na pa­mięć ca­łych zdań. „Te po­wie­ści uczy­ły mnie życia: kar­mi­ły moją wraż­li­wość i moją dumę”. Nie­ko­cha­na przez ciot­ki, chce się ode­grać. Fan­ta­zju­je o pod­pa­le­niu sto­do­ły. Jest krnąbr­na, pod­kra­da je­dze­nie, pod­słu­chu­je pod drzwia­mi. Jest zbun­to­wa­nym dziec­kiem, dla­te­go potem bę­dzie „zbun­to­wa­ną ko­chan­ką, zbun­to­wa­ną pro­jek­tant­ką, praw­dzi­wym Lu­cy­fe­rem”. Co szcze­gól­ne, przed ob­cy­mi trzy­ma fason, więc mówią, że ma dobre ma­nie­ry. Ciot­ki mają dla niej tylko jedno słowo: „Skoń­czysz w bie­dzie”.

„Szastałam milionami”

My­li­ły się. Bied­na sie­ro­ta do­ro­bi­ła się mi­lio­nów, o ja­kich mógł­by po­ma­rzyć nie­je­den ary­sto­kra­ta. Wy­da­wa­ła je lekką ręką. Uwiel­bia­ła ku­po­wać. Nie ża­ło­wa­ła pie­nię­dzy na przy­ja­ciół. Spo­ty­ka­ła się z wie­lo­ma bo­ga­ty­mi męż­czy­zna­mi, ci kosz­to­wa­li ją naj­wię­cej. Miała gest. Pew­ne­go dnia za­pro­si­ła do Monte Carlo swo­je­go księ­go­we­go wraz z ro­dzi­ną. Za­pro­wa­dzi­ła go do ka­sy­na. Prze­grał wszyst­ko, a dwa mie­sią­ce póź­nej w ra­chun­kach firmy po­ja­wi­ła się dziu­ra. Oka­za­ło się, że pan Arsène od­na­lazł w sobie in­stynkt gra­cza i spę­dził jesz­cze dwie nie­dzie­le w Monte Carlo. W przed­mo­wie do książ­ki Paul Mo­rand pisze o gniew­nym pau­pe­ry­zmie Coco, który stał za jej roz­rzut­no­ścią: „Cha­nel nie tylko by­wa­ła za­pra­sza­na, ale po­ni­ża­ła swo­ich go­spo­da­rzy, pła­ci­ła ra­chun­ki ho­te­lo­we za wiel­kich ksią­żąt, prze­mie­nia­ła księż­nicz­ki w słu­żą­ce. Jej ze­msta się­ga­ła aż do przed­mio­tów: upo­ka­rza­ła futro z so­bo­li cho­wa­niem go pod pod­szew­kę, skal­po­wa­ła fry­zu­ry, ga­si­ła je­dwa­bie neu­tral­nym dżer­se­jem, pod­mie­nia­ła żywe ko­lo­ry na sto­no­wa­ne barwy kom­bi­ne­zo­nów spa­do­chro­nia­rzy. Jej od­mo­wa wyj­ścia za West­min­ste­ra była być może nie­za­mie­rzo­nym spo­so­bem na przy­ćmie­nie Tra­fal­ga­ru i Wa­ter­loo? Jej gniew­ny pau­pe­ryzm bawił się nawet w ob­ni­ża­nie war­to­ści ka­mie­ni szla­chet­nych przez za­stę­po­wa­nie ich zwy­czaj­ny­mi ka­mie­nia­mi, skła­niał ją do po­ży­cza­nia na bal sza­fi­ro­wych kolii bied­nym dziew­czy­nom (które na­stęp­nie oskar­ża­ła o kra­dzież bi­żu­te­rii)”. Mimo mi­lio­nów i mi­lio­no­wych zna­jo­mo­ści do końca życia była sa­mot­na. Miała tego bo­le­sną świa­do­mość, ale nie prze­szka­dza­ło jej to twier­dzić, że za nic w świe­cie nie chcia­ła­by mieć in­ne­go losu niż ten, który przy­padł jej w udzia­le. „Je ne re­gret­te rien…”.

Na pod­sta­wie książ­ki Paula Mo­ran­da „Czar Cha­nel” w prze­kła­dzie Pawła Ła­piń­

Kategoria: Category

Copyright © 2018 r. EWEM - Aranżacja Wnętrz.

Strona korzysta z plików cookies, wymaganych przez system do poprawnego działania, zgodnie z Polityką Plików Cookies. więcej

W ramach naszej strony stosujemy pliki cookies. Ich celem jest świadczenie usług na najwyższym poziomie, w tym również dostosowanych do Twoich indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień przeglądarki dotyczących cookies oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu. Jeśli nie wyrażasz na to zgody, w każdej chwili możesz dokonać zmiany ustawień przeglądarki dotyczących cookies.

Zamknij